sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 1.

Dwa miesiące później

 
a uchylonym oknem świszczał wiatr, wprawiając gałęzie starego, wielkiego dębu stojącego przed domem Evansów w ruch. Na jednej z gałęzi usiadł skowronek, śpiewem witając rozpoczynający się dzień. Drzwi pokoju uchyliły się, delikatnie skrzypiąc. Jasmine otworzyła oczy.
 - A ty jeszcze w łóżku? Wstawaj, bo spóźnisz się do szkoły! - pani Evans weszła do pokoju w szmaragdowej sukience przed kolano. Była na boso, paznokcie miała pomalowane na czerwono zarówno u stóp, jak i rąk. Jej rude loki były spięte w wysoki kok, jak zwykle.
 - Um, dobrze, za chwilę zejdę. - powiedziała zaspana Jasmine. 
 Matka spojrzała na nią, jakby oczekując, że córka zerwie się na nogi i zacznie w popłochu szykować. W końcu usiadła na krawędzi łóżka.
 - Skarbie, jak będziesz się tak guzdrać to naprawdę nie zdążymy. 
 Jasmine przewróciła oczami. Przeciągnęła się, ściągnęła z siebie kołdrę i ziewnęła. 
 - Widzisz, wstałam. Za piętnaście minut będę na dole! - zapewniła.
 - Dobrze, trzymam za słowo. Pamiętaj, że ja też śpieszę się do pracy i nie będę czekała nie wiadomo ile... - ciągnęła pani Evans. 
 - Mamo! - przerwała jej Jasmine. 
 - Już dobrze, wychodzę. - matka Jasmine podniosła ręce w geście poddania, po czym wyszła z pokoju. Jasmine spojrzała na zegarek. Była siódma dwadzieścia pięć. 
 Zeszła z łóżka, wyjęła z szafy letnią, błękitną sukienkę i podreptała do łazienki. W kilka minut ubrała się, umyła zęby i uczesała włosy. Nałożyła trochę tuszu na rzęsy, maznęła usta brzoskwiniowym błyszczykiem. Założyła białe, niedawno kupione baleriny, zarzuciła na ramię swoją szkolną torbę i wyszła z pokoju. Zbiegła po schodach i od razu skręciła w kierunku kuchni.
 - O, Jasmine, jak miło że zaszczyciłaś nas swoją obecnością! - powiedział sarkastycznie pan Evans.
 - Przepraszam, zaspałam. - Jasmine szybko zasiadła do stołu i zaczęła jeść swoją porcję naleśników z syropem klonowym. 
 - A przynajmniej dobrze ci się spało? - zagaiła po chwili pani Evans, zakładając białe szpilki. 
 - Mhm. – Jasmine nie chciała zamartwiać rodziców jej koszmarami, których doświadcza średnio dwa razy w tygodniu od zdarzeń w lesie po imprezie u Ryana. Demona, którego widziała, nie dało się tak po prostu opisać. Pamiętała, że miał czarne, przeszywające oczy, które jarzyły się jak rozżarzony węgiel oraz ostre, białe zęby. Unosił się w powietrzu jak duch. Przypominał mroczny cień człowieka, cała jego sylwetka była czarna. Wokół niego emanowała ciemna aura. Patrząc na niego do głowy przychodziły trzy proste słowa: zło, przerażenie, śmierć.
 - Dobra, ja muszę iść, pa! – jej ojciec wyszedł z kuchni, biorąc ze sobą czarną marynarkę i teczkę.
 - Pa! – powiedziały jednocześnie córka i matka.
 Jasmine szybko zjadła ostatniego naleśnika, kątek oka widząc, że zbliża się ósma. Upiła łyk zielonej herbaty i wstała od stołu, zmierzając do wyjścia.
 - Idziesz, mamo? – spytała, stojąc przy drzwiach i zakładając sweter.
 W odpowiedzi usłyszała kroki pani Evans. Dziewczyna wzięła swoje klucze z parapetu, schowała je na samo dno torby, otworzyła drzwi, czekając, aż jej matka będzie tuż za nią, po czym obie zaczęły kroczyć do czarnego Nissana. Coś w środku torby Jasmine zawibrowało. SMS.
 „ Czekam na ciebie. Jak zawsze. Do jasnej cholery, nie mów że spóźnisz się na pierwszy dzień szkoły?! Stoję przed wejściem”
 Jasmine uśmiechnęła się na sam widok nadawcy wiadomości. Lauren. Usadowiła się na przednim siedzeniu auta i szybko odpisała.
 „Zaraz będę, nie gorączkuj się.”
 Kilka minut później samochód zatrzymał się tuż przed bramą liceum.
 - Pa, mamo! – pożegnała się Jasmine, zatrzaskując za sobą drzwi.
 Budynek był obszerny, wyglądał na dosyć stary, aczkolwiek miał w sobie urok. Obok głównego wejścia wisiała ciężka, kamienna tabliczka z wygrawerowanym napisem: „Liceum im. Henryka Gatherforda”. Do drzwi, osadzonych pomiędzy dwoma kolumnami w głębi budynku, prowadziły długie schody, przy których stała grupka chłopaków. Okazywali zainteresowanie każdą dziewczyną wchodzącą przez bramę. Obok nich stały trzy plotkujące dziewczyny, każda w odrobinę za krótkiej mini. Jasmine spojrzała bardziej w lewo, gdzie od razu ujrzała burzę brązowych loków. Lauren. Ruszyła pewnym krokiem w jej kierunku.
 - Ja się wcale nie gorączkuję! Mam dość czekania na ciebie! – fuknęła Lauren, kiedy zauważyła przyjaciółkę zbliżającą się do niej.
 Dziewczyny po chwili rozmowy usłyszały dzwonek oświadczający, że lekcje się rozpoczęły. Gdy weszły do środka ujrzały długi, szeroki korytarz z mnóstwem drzwi. Na każdych drzwiach był numer sali oraz nazwisko nauczyciela, do którego owa sala „należała”. Lauren, według swojego planu zajęć, miała teraz niemiecki w sali 54, a Jasmine historię w 118. Lauren od razu znalazła swoją salę, która była położona tuż obok schodów prowadzących na pierwsze piętro z napisem na drzwiach: „Pan Krause”.
Jasmine krążyła po szkole, szukając swojej sali. Wszyscy uczniowie odnaleźli miejsce, gdzie mieli lekcje, i w efekcie Jasmine stała na środku wielkiego korytarza całkiem sama. Obok okna zauważyła plan szkoły. Patrzyła się na mapę, ale jak na złość nigdzie nie widziała sali, której szukała.
 - Nowa? – usłyszała męski głos za sobą. Odwróciła się i zobaczyła przystojnego, wysokiego chłopaka o kruczoczarnych włosach i jasnych, błękitnych oczach. Jego wzrok był hipnotyzujący. – Głupie pytanie. Od razu widać że nowa. Ten przestraszony i niepewny wzrok mówi sam za siebie.
 - Wcale nie jestem przestraszona! – fuknęła Jasmine.
 - Nie, no wcale. W ogóle.
 - Ktoś tu bardzo ludzi sarkazm.
 - Może. – kąciki jego ust lekko się uniosły.
 - Pomożesz mi znaleźć salę?
 - Może. – powiedział chłopak, drocząc się z „nową”.
 - Dobra, poradzę sobie sama. – Jasmine chciała go wyminąć, ale chłopak złapał ją za ramię.
 - Jestem Christopher.
 - Super. – brunet wyszczerzył zęby. – To jak? Pomożesz mi?
 - Skoro tak ładnie prosisz… Jakiej sali szukasz?
 - Szukam sali numer 118 - Jasmine podała mu świstek papieru, na której był wydrukowany plan jej lekcji na cały tydzień. Chłopak parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony sytuacją.
 - Co?
 - Nie.
 - Co nie?
 - Nie szukasz sali 118.
 - Słucham?
 - Spójrz. – powiedział, pokazując jej palcem numer sali, która dziewczyna uznała za 118. – To nie jest 118, tylko 116!
 Dziewczyna patrzyła się na plan lekcji jak zaczarowana. W końcu uniosła głowę, patrząc na chłopaka.
 - Zaprowadzić cię? – spytał Christopher, wciąż rozbawiony. Jasmine zmroziła się krew w żyłach. Stanęła jak wryta. – Hej, coś się stało? – podniósł rękę, chcąc dotknąć jej ramienia. Dziewczyna odskoczyła.
 - Nie, dzięki. Sama trafię. – powiedziała lodowatym głosem i szybkim krokiem odeszła. Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć? Jak mogła nie zauważyć, że wokół chłopaka unosiła się czarna, demoniczna aura?!
 - 116 jest na drugim piętrze! – krzyknął za nią chłopak. Spojrzała na niego przez ramię, po czym zniknęła mu z oczu za rogiem. Może jej się tylko zdawało? Może ma omamy? Przecież to niemożliwe, żeby…
 - A ty, młoda damo, co tu robisz? Lekcje zaczęły się dziesięć minut temu! – zapatrzona, prawie zderzyła się z wysokim, zgarbionym panem o szarozielonych oczach i siwych włosach.
 - Ja… szukam sali. - wydukała dziewczyna.
Nauczyciel zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.
 - Jakiej?
 - 116.
 - Jest na drugim piętrze. – „To już słyszałam”, pomyślała Jasmine. - Ostatnie drzwi po prawej.
 - Dziękuję.
 - Nazwisko? – spytał nauczyciel, wyjmując z kieszeni mały notes z długopisem i pstrykając nim dwukrotnie.
 - Evans.
 - Tym razem ci wierzę, ale złapię cię jeszcze raz na chodzeniu po korytarzu podczas lekcji i będziesz miała kłopoty. – zagroził jej nauczyciel, chowając notes z powrotem i odchodząc w swoją stronę.
 „Co za gbur…” – pomyślała Jasmine, wchodząc na drugie piętro. Minutę później stała przed drzwiami sali numer 116.
 - Pan Jones… - przeczytała na głos napis widniejący na drzwiach. Zapukała, pociągnęła za klamkę i otworzyła drzwi. Zobaczyła niezbyt dużą salę, promienie słoneczne wpadały do niej przez obszerne okna. Na parapecie stało kilka roślin oraz figurki, w większości przedstawiające wyobrażenia o greckich bogach. Prostopadle do parapetu stało drewniane biurko z wieloma szufladami, większymi i mniejszymi. Na blacie leżał idealnie ułożony stosik kartek, obok których znajdował się pojemnik na długopisy i ołówki. Stała tam też ażurowa, beżowa lampa. Za biurkiem siedział młody mężczyzna z ciemnobrązowymi lokami opadającymi na czoło. Jego ciepłe, miodowe oczy zwróciły się ku niej. Zdała sobie sprawę, że prócz nauczyciela patrzy na nią kilkanaście uczniów obecnych w klasie. – Prze… Przepraszam za spóźnienie – wydukała.
 - Usiądź. – powiedział pan Jones łagodnie.
 Jasmine rozejrzała się. W kącie, na drugim końcu sali dostrzegła jedyne wolne miejsce obok jakiegoś chłopaka. Zaczęła zmierzać w tym kierunku. Nie patrząc nawet obok kogo siada, zajęła swoje miejsce i zaczęła szukać książek od historii w swojej torbie. Usłyszała chrząknięcie swojego towarzysza z ławki. Podniosła wzrok i…
 „O kurwa.” – poczuła, jakby ktoś ją mocno uderzył w brzuch, zakręciło jej się w głowie.
 Ujrzała blondyna z nastroszonymi na żel włosami i zielonymi oczami. Jego twarz wyrażała niekryte zadowolenie z tego, z kim będzie dzielić ławkę.
 - Hej, Jas. – rzucił, patrząc się na jej dekolt.
 - Ryan. – wycedziła Jasmine przez zaciśnięte zęby.

środa, 25 czerwca 2014

Prolog.


łońce powoli znikało za domami, dzielnica Whitewood opustoszała - zaczęły się wakacje, idealny czas do odpoczynku dzieci od szkoły. Większość rodzin powyjeżdżała - Hiszpania, Egipt, Wyspy Kanaryjskie... Gdzieniegdzie słychać było śpiew ptaków, wiatr delikatnie poruszał liśćmi na gałęziach drzew. Wydawałoby się, że dzisiejsza noc będzie najspokojniejszą w roku. Pozory mylą.
 - Jas, szybciej, spóźnimy się! - krzyknęła Lauren, stojąc w progu pięknego, drewnianego domu Jasmine w swoich pudrowych szpilkach. - Przyrzekam, czekam jeszcze 2 minuty i jeżeli za chwilę nie zejdziesz z tych cholernych schodów - idę sama!
 Jasmine i Lauren były przyjaciółkami od przedszkola. Rzadko kiedy się kłóciły, nawet gdy podobał im się ten sam chłopak - James Perry - w drugiej klasie podstawówki, nie pokłóciły się o niego. Zamiast tego nie odzywały do siebie przez tydzień, a gdy obie zrozumiały, że przyjaźń nie jest warta zaprzepaszczenia przez jakiegoś tam Perrego - wszystko wróciło do normy.
 - Już idę, moment!
 - Mówisz tak od pół godziny!
 W tym momencie na schodach pojawiła się Jasmine. Była ubrana w małą czarną, długie, falowane blond włosy przykrywały jej ramiona, a na szyi widniał gruby, złoty łańcuszek. Szybko zeszła ze schodów, raz po raz stukając swoimi czarnymi, dosyć wysokimi szpilkami o drewniane panele.
 - Nie od pół godziny, co najwyżej od 15 minut!
 - Mhm, jasne...
 Jasmine zarzuciła sobie na ramię małą torebkę w złotym kolorze, wzięła pod pachę czarną skórę, po czym minęła Lauren w drzwiach.
 - Idziesz czy nie? - rzuciła przez ramię, coraz szybciej drepcząc do furtki. Od razu usłyszała za sobą stukot równie wysokich co jej szpilek Lauren.
 Przeszły obok pięknie pachnących kwiatów lawendy, minęły krzew czerwonej róży. Pani Evans, mama Jasmine, kochała sadzić i pielęgnować rośliny, czego owocem był przepiękny ogród otaczający jej dom.
 Jasmine otworzyła metalową furtkę, przepuszczając w niej przyjaciółkę.
 - Swoją drogą, nieźle żeś się wystroiła! - powiedziała, patrząc na jej koronkową, morelową sukienkę oraz białą skórę zarzuconą na ramiona. Pastelowy odcień sukienki idealnie kontrastował z jej ciemną skórą, kasztanowymi włosami i czekoladowymi oczami.
 - Dzięki, ty też, a teraz rusz swoją szanowną dupę, bo naprawdę się spóźnimy! - Lauren była wyraźnie podirytowana wiecznym czekaniem na Jasmine.
 Żółta, trochę podstarzała taksówka stała już pod domem. Napis "TAXI" był lekko przetarty, literki "i" prawie nie było widać. Kierowca, na oko 50 letni pan z lekką łysiną, ubrany był w spraną bluzkę w biało-granatowe paski i przetarte, ciemne dżinsy. Widocznie czekał na klientki dłuższą chwilę, ponieważ grał w "Snake'a" na swojej starej Nokii. Dziewczyny szybkim krokiem podeszły do taksówki, Lauren zamaszyście otworzyła drzwi.
 - Przepraszamy, że tak długo pan czekał, koleżanka nie mogła się zebrać. - powiedziała Lauren, gdy obie wsiadły, patrząc wymownie na przyjaciółkę.
 - To gdzie jedziemy? - zapytał starszy pan, odchrząkując.
 - Na Rather Street 5, proszę. - odrzekła Jasmine.

●▲●

 - No proszę, obie wyglądacie tak zajebiście, że nie wiem, na którą patrzeć! - przed wejściem do wielkiego, nowoczesnego domu powitał ich Ryan North, przystojny, zielonooki blondyn, organizator imprezy, na którą zaproszone zostało chyba całe liceum, kilka osób, które dopiero co skończyły gimnazjum (w tym Lauren i Jasmine) oraz kilkunastu chłopaków z tutejszego uniwersytetu. Ryan to typ chłopaka, który podrywa każdą napotkaną dziewczynę.
 - Dzięki. - powiedziała Jasmine, przewracając oczami. Była przekonana, że powiedział to każdej dziewczynie, która przyszła na jego imprezę.
 Wchodząc do środka czuć było smród papierosów, roztańczeni nastolatkowie szaleli na parkiecie, a pary obściskiwały się w kątach. Od razu do uszu dobiegała głośna, typowo dyskotekowa muzyka. Jakaś rudowłosa w szmaragdowej sukience ledwie zasłaniającej jej tyłek kłóciła się z brunetką, która była ubrana we wręcz identyczne wdzianko. Brunetka patrzyła się na drugą jak na wariatkę, podczas gdy ta wyzywała ją od szmat i zdzir za to, że "bezczelnie skopiowała jej idealnie dobrany strój". Obok stanowiska DJ'a zebrała się niemała grupa ludzi, kłócąca się, czyja piosenka ma zostać puszczona jako pierwsza, a która ostatnia. Niedaleko stał bufet, gdzie były jakieś chrupki, ciastka, czekoladki, poncz i inne bzdety, ale młodzież najbardziej interesowała się barkiem, na którym stało kilka butelek czystej wódki, oraz skrzynkami zapełnionymi butelkami z piwem. Grupka chłopaków zaczęła się "częstować" zawartością barku, niektóre dziewczyny sięgnęły po piwo. DJ puścił kolejny skoczny, aczkolwiek cholernie głośny kawałek, podnosząc tym sposobem do tańca wszystkich wcześniej siedzących na skórzanych kanapach. Przez otwarte, szklane drzwi widać było kilka par tańczących na świeżym powietrzu, gdzie muzyka wydobywała się przez głośniki postawione obok krzewów róży angielskiej. Wszyscy tańczyli, niektórzy tak, że aż chciało się patrzeć, zaś inni wręcz potykali się o własne nogi.
 Impreza się zaczęła.

 Jasmine bawiła się jak nigdy. Akurat tańczyła z chłopakiem z uniwersytetu, którego imienia nie dosłyszała przez grającą muzykę. Od godziny (a może dłużej...?) nie widziała Lauren, ale jakoś się tym nie przejmowała - założyła, że poszła obściskiwać się ze swoim chłopakiem, Zackiem, w końcu dopiero co wrócił z wymiany z Londynu. Szkoda, że Lauren nie udało się załapać na tę wycieczkę...
 - Muszę wyjść na chwilkę do łazienki, zaraz wracam. - powiedziała do ucha swojemu partnerowi od tańca, gdy tylko piosenka dobiegła końca i zaczęła się kolejna.
 Weszła po kręconych, szklanych schodach z metalową obręczą na górę w poszukiwaniu łazienki. Jej oczom ukazały się dwa długie rzędy drzwi. Otworzyła pierwsze, po czym zobaczyła parę namiętnie się całującą na jedwabnej, beżowej pościeli. Nawet nie zauważyli, że drzwi się otworzyły, albo po prostu nie zawracali sobie tym głowy.
 - Oj, sorry... - wydukała i szybko wyszła z pokoju.
 Podchodząc do drugich i trzecich drzwi pukała, za każdym razem słysząc: "Czego?!". W końcu pukając do czwartych nie usłyszała nic. Pociągnęła za klamkę. Zobaczyła piękną, dużą łazienkę, z białymi kafelkami i czarnym, futrzanym dywanem na środku. Lustro nad umywalką było ogromne, idealnie czyste, bez żadnych smug. Po bokach wisiały czarne szafki, najprawdopodobniej z kosmetykami i ręcznikami. W oczy rzucała się narożna, biała wanna, wyglądająca trochę jak jacuzzi. Stało na niej kilka ozdobnych świeczek i żel do kąpieli o czekoladowym zapachu. Łazienkę oświetlał metalowy, ozdobny żyrandol.
 Jasmine stanęła przed lustrem i zaczęła się w nim przeglądać. Wyjęła ze swojej torebki kompaktową szczotkę i przeczesała swoje blond fale. Przejechała różowym błyszczykiem po ustach. Poprawiła tusz na rzęsach. Już miała dołożyć trochę różu na policzki, kiedy usłyszała, jak ktoś coś szepcze. Wyszła na korytarz. Dźwięki dobiegały z pokoju obok. Zapukała, lecz nikt nie odpowiedział. Powoli pociągnęła za klamkę, uchyliła drzwi i zapaliła światło.
 Szepty stały się głośniejsze, lecz wciąż całkowicie niezrozumiałe. Rozejrzała się po pokoju. Stały tutaj dwie duże, skórzane kanapy, podobne do tych stojących na dole oraz szklany, prostokątny stolik z czasopismami. Naprzeciwko kanap, na ścianie wisiała plazma. Po drugiej stronie pokoju stał stolik do gry w piłkarzyki oraz regał z książkami i różnymi grami planszowymi, należącymi zapewne do młodszego rodzeństwa Ryana. Jednak w pokoju nie było nikogo, kto mógłby wydawać z siebie słyszane przez Jasmine szepty.
 Nagle zauważyła, że okno jest otwarte. Podeszła do niego. Szepty stawały się z każdym krokiem głośniejsze. Okno dawało widok na las. Jasmine bez zastanowienia zamknęła je i zasłoniła rolety. Szepty ucichły.

 - O, Jas, co tak długo cię nie było? Jackson się niepokoił!
 Jasmine podniosła wzrok i zobaczyła Lauren, siedzącą w objęciach Zacka. Czyli się nie pomyliła, przez cały ten czas Lauren była z Zackiem.
 - Kto się niepokoił? - zapytała Jasmine, nie mając pojęcia, kim jest Jackson.
 - No, Jackson. Ten, któremu podobno powiedziałaś, że idziesz do łazienki i do tej pory nie wróciłaś...
 - Ach, ten Jackson.
 "Więc tak miał na imię" - pomyślała.
 Jasmine spojrzała na Lauren i kiwnięciem głowy dała do zrozumienia, że chce z nią pogadać na osobności.
 - Zack, zaraz wrócę, muszę zamienić słówko z Jas... - powiedziała, uwalniając się z jego uścisku. - O co chodzi? - spytała, będąc już sam na sam z Jasmine.
 - Słyszałaś coś? - zapytała Jasmine.
 - Co? Kiedy? - Lauren, zdziwiona, rozejrzała się dookoła, a po chwili zaczęła nasłuchiwać.
 - No, szepty. W ciągu ostatnich kilku minut...
 - Szepty? Ile ty wypiłaś? - Lauren spojrzała się na przyjaciółkę tak, jakby rozmawiała z osobą chorą psychicznie.
 - Nie słyszałaś? Były strasznie głośne! - zdziwiła się Jasmine.
 - Cóż, wnioskuję, że podczas mojej nieobecności wypiłaś na tyle dużo, że zaczęłaś majaczyć, ale wciąż zbyt mało, żeby przestać.

●▲●

 - Pa, Amanda! Nara, Sean! - krzyczał Ryan do ostatnich osób opuszczających imprezę, stojąc na werandzie, tuż obok pięknych bratków w białej doniczce. Odwrócił się i zauważył Jasmine stojącą obok otwartych drzwi wejściowych. - O, Jas, ty jeszcze tu?
 - Jak widać. Czekam tylko na Lauren i już idę. - powiedziała, zerkając na swój zegarek.
 - Nie, nie ma co się spieszyć! Może zostaniesz jeszcze na drinka? - zagaił Ryan, widocznie niezadowolony z faktu, że Jasmine ma zamiar za chwilę pójść.
 - Hm, nie, dzięki, jest już późno... - Jasmine pozostawała nieugięta.
 - Nie bądź taka... - Ryan przyparł ją do ściany, mówiąc do jej ucha:
 - Może być fajnie...
 Było czuć od niego alkohol i mieszankę perfum - jego i jakiś kobiecych. Jego blond włosy nie były już tak idealnie ułożone, usta gdzieniegdzie pokrywała szminka. Ciekawe, z iloma dziewczynami się całował.
 - Ryan, jesteś nawalony, puść mnie. - warknęła Jasmine, wyraźnie niezainteresowana Ryanem. Chłopak zignorował polecenie.
 - Puszczaj! - krzyknęła, gdy organizator imprezy zaczął wkładać jej swoją rękę pod sukienkę, drugą ręką przypierając ją do ściany.
 W tym momencie z domu wyszła Lauren, zakładająca na siebie swoją białą skórę.
 - Co tu... Ryan?! Puść ją! - stanowczym głosem powiedziała dziewczyna, gdy tylko zauważyła co jest grane.
 - Nie wtrącaj się. - bełkotał Ryan. - To nasza sprawa...
 - Puść ją, pieprzony zboczeńcu! - Lauren machnęła ręką w przypływie emocji, a Ryana odrzuciło od Jasmine tak, że plecami zderzył się z pniem drzewa 15 metrów dalej.
 Lauren stanęła jak wryta, a Jasmine chwyciła ją za rękę i zaczęły biec. Słyszały za sobą wyzwiska Ryana, ale nie były pewne, czy je goni, czy może zrezygnował. Skręciły do lasu i zwolniły, oglądając się za siebie.
 - Chyba go zgubiłyśmy. - szepnęła Lauren.
 - Jak ty... - zaczęła Jasmine.
 - Nie wiem, nie mam pojęcia, ale to nie pierwszy raz... - odpowiedziała Lauren, domyślając się, o co chce zapytać przyjaciółka. - Myślę, że spacer na świeżym powietrzu zrobi nam lepiej niż przejażdżka taksówką. Co ty na to?
 - Może być.
 Ruszyły ścieżką w głąb lasu. Księżyc i gwiazdy oświetlały im drogę. W lesie panowała całkowita cisza, jedynie co jakiś czas słychać było huczenie sowy. Wiatr był trochę mocniejszy i chłodniejszy niż wieczorem.
 - Powiedziałaś, że to nie pierwszy raz. Czyli, że zrobiłaś coś takiego wcześniej?
 - Może nie konkretnie takiego, ale tak. Gdy byłam mała, pojechałam ze starszym bratem na jarmark. Spodobał mi się jeden balonik, nie pamiętał jak wyglądał, ale brat nie chciał mi go kupić. Tak się wkurzyłam, że wszystkie balony na jarmarku popękały! - powiedziała Lauren, depcząc jakąś małą gałązkę.
 - Naprawdę?
 - Ale to nie wszystko! Później... - Lauren przerwał donośny szelest z krzaków.
 - Co to było?
 - Nie mam pojęcia, pewnie jakaś sarna albo coś... Chodźmy trochę szybciej.
 Przyspieszyły trochę kroku, co wyglądało dosyć śmiesznie biorąc pod uwagę to, że obie były na wysokich obcasach. Zatrzymały się, gdy tuż przed sobą zauważyły rozstaj dróg.
 - Nigdy tu tego nie było! - zdziwiła się Lauren.
 - Ech, pewnie ludzie wydeptali jakiś skrót albo coś... Pójdźmy tędy! - powiedziała Jasmine, wskazując na pierwszą ścieżkę od lewej.
 Dziewczyny ruszyły trochę niepewnie przed siebie, gdy nagle Jasmine zobaczyła światło dobiegające z oddali.
 - Chodźmy tam, może ktoś nam powie, czy tą drogą dojdziemy na Silver Street! - powiedziała z nadzieją w głosie Jasmine.
 Gdy doszły do furtki, okazało się, że jest zamknięta. Dom otaczał bardzo wysoki mur, któremu przydałoby się ponowne malowanie. Lauren szukała gdzieś domofonu, świecąc sobie swoim nowym telefonem, podczas gdy Jasmine oddaliła się trochę od koleżanki. Weszła na jakiś pagórek, aby zobaczyć coś znad muru. Zauważyła okno, w którym paliło się światło. "Pewnie to to światło zobaczyłam z daleka!" - pomyślała, po czym zaczęła się uważniej przyglądać. Coś przemknęło tuż za oknem, potem znowu. Jasmine trochę się wystraszyła, ale mimo to biernie się przyglądała.

 Lauren usłyszała przeraźliwy krzyk Jasmine. Natychmiast zostawiła poszukiwania domofonu i ruszyła w stronę, w którą udała się jej koleżanka. Przedzierała się dzielnie przez wysuszone krzewy posadzone wokół domu, aż zahaczyła sukienką o gałąź i ją sobie rozdarła. Na chwilę się zatrzymała i zaczęła nawoływać przyjaciółkę. Odpowiedziało jej huczenie sowy. Przeklęła w duchu puchacza, pociągnęła mocniej sukienkę, uwalniając się od gałęzi i jeszcze mocniej rozrywając swoje ubranie, po czym zaczęła biec przed siebie, na tyle szybko, na ile pozwalały jej buty. Zastała Jasmine leżącą obok pagórka i natychmiast rzuciła się, aby ją ocucić, przy okazji rozglądając się, co mogło ją tak wystraszyć. Nie zauważyła nic specjalnego. Po paru minutach dziewczyna otworzyła oczy.
 - Co się stało? - spytała Lauren. - Jas, słyszysz mnie? Co się stało?!
 Jasmine patrzyła się przed siebie, jakby wciąż nie mogła uwierzyć w to, co widziała.
 - Powiedz mi do jasnej cholery co się stało! - wrzasnęła jej przyjaciółka.
 - Tam... coś... - wydukała w końcu Jasmine.
 - Gdzie?
 - W oknie. - odpowiedziała, dotykając tyłu swojej głowy. Poczuła przeszywający ból, co zapowiadało kolosalnego siniaka.
 Lauren podniosła się na nogi, otrzepała kolana z piachu, stanęła na pagórku i zaczęła wypatrywać, sama nie wiedząc, czego.
 - Co powinnam zobaczyć? - w końcu spytała.
 - Nie, nie patrz! - Jasmine wstała na nogi i zaczęła ściągać przyjaciółkę za rękę z pagórka.
 - Ej, spokojnie, Jas, tam NIC nie ma. Widać tylko stary, obskurny dom, zawalający się dach i odpryskującą farbę...
 Jasmine spojrzała się na nią zdziwionym wzrokiem.
 - No, chodź i sama zobacz. - dokończyła Lauren, pociągając Jasmine za rękę.
 - Nie. Lepiej chodźmy do domu. - odpowiedziała zimnym tonem przyjaciółce, po czym odwróciła się na pięcie i zaczęła podążać w swoich szpilkach w kierunku ścieżki, tym razem mając nauczkę, żeby nigdy nie skręcać z drogi.

 Po kilku minutach spaceru w ciszy, dziewczyny wróciły do swoich domów. Jasmine rzuciła się na łóżko, zdejmując z nóg szpilki, rozpinając naszyjnik i ściągając sukienkę. W głębi duszy wiedziała, że nic jej się nie przewidziało. To, co widziała, było przerażające. Było złe.
 To, co widziała, było demonem.