sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 1.

Dwa miesiące później

 
a uchylonym oknem świszczał wiatr, wprawiając gałęzie starego, wielkiego dębu stojącego przed domem Evansów w ruch. Na jednej z gałęzi usiadł skowronek, śpiewem witając rozpoczynający się dzień. Drzwi pokoju uchyliły się, delikatnie skrzypiąc. Jasmine otworzyła oczy.
 - A ty jeszcze w łóżku? Wstawaj, bo spóźnisz się do szkoły! - pani Evans weszła do pokoju w szmaragdowej sukience przed kolano. Była na boso, paznokcie miała pomalowane na czerwono zarówno u stóp, jak i rąk. Jej rude loki były spięte w wysoki kok, jak zwykle.
 - Um, dobrze, za chwilę zejdę. - powiedziała zaspana Jasmine. 
 Matka spojrzała na nią, jakby oczekując, że córka zerwie się na nogi i zacznie w popłochu szykować. W końcu usiadła na krawędzi łóżka.
 - Skarbie, jak będziesz się tak guzdrać to naprawdę nie zdążymy. 
 Jasmine przewróciła oczami. Przeciągnęła się, ściągnęła z siebie kołdrę i ziewnęła. 
 - Widzisz, wstałam. Za piętnaście minut będę na dole! - zapewniła.
 - Dobrze, trzymam za słowo. Pamiętaj, że ja też śpieszę się do pracy i nie będę czekała nie wiadomo ile... - ciągnęła pani Evans. 
 - Mamo! - przerwała jej Jasmine. 
 - Już dobrze, wychodzę. - matka Jasmine podniosła ręce w geście poddania, po czym wyszła z pokoju. Jasmine spojrzała na zegarek. Była siódma dwadzieścia pięć. 
 Zeszła z łóżka, wyjęła z szafy letnią, błękitną sukienkę i podreptała do łazienki. W kilka minut ubrała się, umyła zęby i uczesała włosy. Nałożyła trochę tuszu na rzęsy, maznęła usta brzoskwiniowym błyszczykiem. Założyła białe, niedawno kupione baleriny, zarzuciła na ramię swoją szkolną torbę i wyszła z pokoju. Zbiegła po schodach i od razu skręciła w kierunku kuchni.
 - O, Jasmine, jak miło że zaszczyciłaś nas swoją obecnością! - powiedział sarkastycznie pan Evans.
 - Przepraszam, zaspałam. - Jasmine szybko zasiadła do stołu i zaczęła jeść swoją porcję naleśników z syropem klonowym. 
 - A przynajmniej dobrze ci się spało? - zagaiła po chwili pani Evans, zakładając białe szpilki. 
 - Mhm. – Jasmine nie chciała zamartwiać rodziców jej koszmarami, których doświadcza średnio dwa razy w tygodniu od zdarzeń w lesie po imprezie u Ryana. Demona, którego widziała, nie dało się tak po prostu opisać. Pamiętała, że miał czarne, przeszywające oczy, które jarzyły się jak rozżarzony węgiel oraz ostre, białe zęby. Unosił się w powietrzu jak duch. Przypominał mroczny cień człowieka, cała jego sylwetka była czarna. Wokół niego emanowała ciemna aura. Patrząc na niego do głowy przychodziły trzy proste słowa: zło, przerażenie, śmierć.
 - Dobra, ja muszę iść, pa! – jej ojciec wyszedł z kuchni, biorąc ze sobą czarną marynarkę i teczkę.
 - Pa! – powiedziały jednocześnie córka i matka.
 Jasmine szybko zjadła ostatniego naleśnika, kątek oka widząc, że zbliża się ósma. Upiła łyk zielonej herbaty i wstała od stołu, zmierzając do wyjścia.
 - Idziesz, mamo? – spytała, stojąc przy drzwiach i zakładając sweter.
 W odpowiedzi usłyszała kroki pani Evans. Dziewczyna wzięła swoje klucze z parapetu, schowała je na samo dno torby, otworzyła drzwi, czekając, aż jej matka będzie tuż za nią, po czym obie zaczęły kroczyć do czarnego Nissana. Coś w środku torby Jasmine zawibrowało. SMS.
 „ Czekam na ciebie. Jak zawsze. Do jasnej cholery, nie mów że spóźnisz się na pierwszy dzień szkoły?! Stoję przed wejściem”
 Jasmine uśmiechnęła się na sam widok nadawcy wiadomości. Lauren. Usadowiła się na przednim siedzeniu auta i szybko odpisała.
 „Zaraz będę, nie gorączkuj się.”
 Kilka minut później samochód zatrzymał się tuż przed bramą liceum.
 - Pa, mamo! – pożegnała się Jasmine, zatrzaskując za sobą drzwi.
 Budynek był obszerny, wyglądał na dosyć stary, aczkolwiek miał w sobie urok. Obok głównego wejścia wisiała ciężka, kamienna tabliczka z wygrawerowanym napisem: „Liceum im. Henryka Gatherforda”. Do drzwi, osadzonych pomiędzy dwoma kolumnami w głębi budynku, prowadziły długie schody, przy których stała grupka chłopaków. Okazywali zainteresowanie każdą dziewczyną wchodzącą przez bramę. Obok nich stały trzy plotkujące dziewczyny, każda w odrobinę za krótkiej mini. Jasmine spojrzała bardziej w lewo, gdzie od razu ujrzała burzę brązowych loków. Lauren. Ruszyła pewnym krokiem w jej kierunku.
 - Ja się wcale nie gorączkuję! Mam dość czekania na ciebie! – fuknęła Lauren, kiedy zauważyła przyjaciółkę zbliżającą się do niej.
 Dziewczyny po chwili rozmowy usłyszały dzwonek oświadczający, że lekcje się rozpoczęły. Gdy weszły do środka ujrzały długi, szeroki korytarz z mnóstwem drzwi. Na każdych drzwiach był numer sali oraz nazwisko nauczyciela, do którego owa sala „należała”. Lauren, według swojego planu zajęć, miała teraz niemiecki w sali 54, a Jasmine historię w 118. Lauren od razu znalazła swoją salę, która była położona tuż obok schodów prowadzących na pierwsze piętro z napisem na drzwiach: „Pan Krause”.
Jasmine krążyła po szkole, szukając swojej sali. Wszyscy uczniowie odnaleźli miejsce, gdzie mieli lekcje, i w efekcie Jasmine stała na środku wielkiego korytarza całkiem sama. Obok okna zauważyła plan szkoły. Patrzyła się na mapę, ale jak na złość nigdzie nie widziała sali, której szukała.
 - Nowa? – usłyszała męski głos za sobą. Odwróciła się i zobaczyła przystojnego, wysokiego chłopaka o kruczoczarnych włosach i jasnych, błękitnych oczach. Jego wzrok był hipnotyzujący. – Głupie pytanie. Od razu widać że nowa. Ten przestraszony i niepewny wzrok mówi sam za siebie.
 - Wcale nie jestem przestraszona! – fuknęła Jasmine.
 - Nie, no wcale. W ogóle.
 - Ktoś tu bardzo ludzi sarkazm.
 - Może. – kąciki jego ust lekko się uniosły.
 - Pomożesz mi znaleźć salę?
 - Może. – powiedział chłopak, drocząc się z „nową”.
 - Dobra, poradzę sobie sama. – Jasmine chciała go wyminąć, ale chłopak złapał ją za ramię.
 - Jestem Christopher.
 - Super. – brunet wyszczerzył zęby. – To jak? Pomożesz mi?
 - Skoro tak ładnie prosisz… Jakiej sali szukasz?
 - Szukam sali numer 118 - Jasmine podała mu świstek papieru, na której był wydrukowany plan jej lekcji na cały tydzień. Chłopak parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony sytuacją.
 - Co?
 - Nie.
 - Co nie?
 - Nie szukasz sali 118.
 - Słucham?
 - Spójrz. – powiedział, pokazując jej palcem numer sali, która dziewczyna uznała za 118. – To nie jest 118, tylko 116!
 Dziewczyna patrzyła się na plan lekcji jak zaczarowana. W końcu uniosła głowę, patrząc na chłopaka.
 - Zaprowadzić cię? – spytał Christopher, wciąż rozbawiony. Jasmine zmroziła się krew w żyłach. Stanęła jak wryta. – Hej, coś się stało? – podniósł rękę, chcąc dotknąć jej ramienia. Dziewczyna odskoczyła.
 - Nie, dzięki. Sama trafię. – powiedziała lodowatym głosem i szybkim krokiem odeszła. Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć? Jak mogła nie zauważyć, że wokół chłopaka unosiła się czarna, demoniczna aura?!
 - 116 jest na drugim piętrze! – krzyknął za nią chłopak. Spojrzała na niego przez ramię, po czym zniknęła mu z oczu za rogiem. Może jej się tylko zdawało? Może ma omamy? Przecież to niemożliwe, żeby…
 - A ty, młoda damo, co tu robisz? Lekcje zaczęły się dziesięć minut temu! – zapatrzona, prawie zderzyła się z wysokim, zgarbionym panem o szarozielonych oczach i siwych włosach.
 - Ja… szukam sali. - wydukała dziewczyna.
Nauczyciel zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.
 - Jakiej?
 - 116.
 - Jest na drugim piętrze. – „To już słyszałam”, pomyślała Jasmine. - Ostatnie drzwi po prawej.
 - Dziękuję.
 - Nazwisko? – spytał nauczyciel, wyjmując z kieszeni mały notes z długopisem i pstrykając nim dwukrotnie.
 - Evans.
 - Tym razem ci wierzę, ale złapię cię jeszcze raz na chodzeniu po korytarzu podczas lekcji i będziesz miała kłopoty. – zagroził jej nauczyciel, chowając notes z powrotem i odchodząc w swoją stronę.
 „Co za gbur…” – pomyślała Jasmine, wchodząc na drugie piętro. Minutę później stała przed drzwiami sali numer 116.
 - Pan Jones… - przeczytała na głos napis widniejący na drzwiach. Zapukała, pociągnęła za klamkę i otworzyła drzwi. Zobaczyła niezbyt dużą salę, promienie słoneczne wpadały do niej przez obszerne okna. Na parapecie stało kilka roślin oraz figurki, w większości przedstawiające wyobrażenia o greckich bogach. Prostopadle do parapetu stało drewniane biurko z wieloma szufladami, większymi i mniejszymi. Na blacie leżał idealnie ułożony stosik kartek, obok których znajdował się pojemnik na długopisy i ołówki. Stała tam też ażurowa, beżowa lampa. Za biurkiem siedział młody mężczyzna z ciemnobrązowymi lokami opadającymi na czoło. Jego ciepłe, miodowe oczy zwróciły się ku niej. Zdała sobie sprawę, że prócz nauczyciela patrzy na nią kilkanaście uczniów obecnych w klasie. – Prze… Przepraszam za spóźnienie – wydukała.
 - Usiądź. – powiedział pan Jones łagodnie.
 Jasmine rozejrzała się. W kącie, na drugim końcu sali dostrzegła jedyne wolne miejsce obok jakiegoś chłopaka. Zaczęła zmierzać w tym kierunku. Nie patrząc nawet obok kogo siada, zajęła swoje miejsce i zaczęła szukać książek od historii w swojej torbie. Usłyszała chrząknięcie swojego towarzysza z ławki. Podniosła wzrok i…
 „O kurwa.” – poczuła, jakby ktoś ją mocno uderzył w brzuch, zakręciło jej się w głowie.
 Ujrzała blondyna z nastroszonymi na żel włosami i zielonymi oczami. Jego twarz wyrażała niekryte zadowolenie z tego, z kim będzie dzielić ławkę.
 - Hej, Jas. – rzucił, patrząc się na jej dekolt.
 - Ryan. – wycedziła Jasmine przez zaciśnięte zęby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz