Dwa miesiące później
a uchylonym
oknem świszczał wiatr, wprawiając gałęzie starego, wielkiego dębu stojącego
przed domem Evansów w ruch. Na jednej z gałęzi usiadł skowronek, śpiewem
witając rozpoczynający się dzień. Drzwi pokoju uchyliły się, delikatnie
skrzypiąc. Jasmine otworzyła oczy.
- A ty
jeszcze w łóżku? Wstawaj, bo spóźnisz się do szkoły! - pani Evans weszła do
pokoju w szmaragdowej sukience przed kolano. Była na boso, paznokcie miała
pomalowane na czerwono zarówno u stóp, jak i rąk. Jej rude loki były spięte w
wysoki kok, jak zwykle.
- Um,
dobrze, za chwilę zejdę. - powiedziała zaspana Jasmine.
Matka
spojrzała na nią, jakby oczekując, że córka zerwie się na nogi i zacznie w
popłochu szykować. W końcu usiadła na krawędzi łóżka.
- Skarbie,
jak będziesz się tak guzdrać to naprawdę nie zdążymy.
Jasmine
przewróciła oczami. Przeciągnęła się, ściągnęła z siebie kołdrę i
ziewnęła.
- Widzisz,
wstałam. Za piętnaście minut będę na dole! - zapewniła.
- Dobrze,
trzymam za słowo. Pamiętaj, że ja też śpieszę się do pracy i nie będę czekała
nie wiadomo ile... - ciągnęła pani Evans.
- Mamo! -
przerwała jej Jasmine.
- Już
dobrze, wychodzę. - matka Jasmine podniosła ręce w geście poddania, po czym
wyszła z pokoju. Jasmine
spojrzała na zegarek. Była siódma dwadzieścia pięć.
Zeszła z
łóżka, wyjęła z szafy letnią, błękitną sukienkę i podreptała do łazienki. W
kilka minut ubrała się, umyła zęby i uczesała włosy. Nałożyła trochę tuszu na
rzęsy, maznęła usta brzoskwiniowym błyszczykiem. Założyła białe, niedawno
kupione baleriny, zarzuciła na ramię swoją szkolną torbę i wyszła z pokoju.
Zbiegła po schodach i od razu skręciła w kierunku kuchni.
- O,
Jasmine, jak miło że zaszczyciłaś nas swoją obecnością! - powiedział
sarkastycznie pan Evans.
-
Przepraszam, zaspałam. - Jasmine szybko zasiadła do stołu i zaczęła jeść swoją
porcję naleśników z syropem klonowym.
- A
przynajmniej dobrze ci się spało? - zagaiła po chwili pani Evans, zakładając
białe szpilki.
- Mhm. –
Jasmine nie chciała zamartwiać rodziców jej koszmarami, których doświadcza
średnio dwa razy w tygodniu od zdarzeń w lesie po imprezie u Ryana. Demona,
którego widziała, nie dało się tak po prostu opisać. Pamiętała, że miał czarne,
przeszywające oczy, które jarzyły się jak rozżarzony węgiel oraz ostre, białe
zęby. Unosił się w powietrzu jak duch. Przypominał mroczny cień człowieka, cała
jego sylwetka była czarna. Wokół niego emanowała ciemna aura. Patrząc na niego
do głowy przychodziły trzy proste słowa: zło, przerażenie, śmierć.
- Dobra, ja
muszę iść, pa! – jej ojciec wyszedł z kuchni, biorąc ze sobą czarną marynarkę i
teczkę.
- Pa! –
powiedziały jednocześnie córka i matka.
Jasmine
szybko zjadła ostatniego naleśnika, kątek oka widząc, że zbliża się ósma. Upiła
łyk zielonej herbaty i wstała od stołu, zmierzając do wyjścia.
- Idziesz,
mamo? – spytała, stojąc przy drzwiach i zakładając sweter.
W odpowiedzi
usłyszała kroki pani Evans. Dziewczyna wzięła swoje klucze z parapetu, schowała
je na samo dno torby, otworzyła drzwi, czekając, aż jej matka będzie tuż za
nią, po czym obie zaczęły kroczyć do czarnego Nissana. Coś w środku torby
Jasmine zawibrowało. SMS.
„ Czekam na
ciebie. Jak zawsze. Do jasnej cholery, nie mów że spóźnisz się na pierwszy
dzień szkoły?! Stoję przed wejściem”
Jasmine
uśmiechnęła się na sam widok nadawcy wiadomości. Lauren. Usadowiła się na
przednim siedzeniu auta i szybko odpisała.
„Zaraz będę,
nie gorączkuj się.”
Kilka minut
później samochód zatrzymał się tuż przed bramą liceum.
- Pa, mamo!
– pożegnała się Jasmine, zatrzaskując za sobą drzwi.
Budynek był
obszerny, wyglądał na dosyć stary, aczkolwiek miał w sobie urok. Obok głównego
wejścia wisiała ciężka, kamienna tabliczka z wygrawerowanym napisem: „Liceum
im. Henryka Gatherforda”. Do drzwi, osadzonych pomiędzy dwoma kolumnami w głębi
budynku, prowadziły długie schody, przy których stała grupka chłopaków.
Okazywali zainteresowanie każdą dziewczyną wchodzącą przez bramę. Obok nich
stały trzy plotkujące dziewczyny, każda w odrobinę za krótkiej mini. Jasmine
spojrzała bardziej w lewo, gdzie od razu ujrzała burzę brązowych loków. Lauren.
Ruszyła pewnym krokiem w jej kierunku.
- Ja się
wcale nie gorączkuję! Mam dość czekania na ciebie! – fuknęła Lauren, kiedy
zauważyła przyjaciółkę zbliżającą się do niej.
Dziewczyny
po chwili rozmowy usłyszały dzwonek oświadczający, że lekcje się rozpoczęły.
Gdy weszły do środka ujrzały długi, szeroki korytarz z mnóstwem drzwi. Na
każdych drzwiach był numer sali oraz nazwisko nauczyciela, do którego owa sala
„należała”. Lauren, według swojego planu zajęć, miała teraz niemiecki w sali
54, a Jasmine historię w 118. Lauren od razu znalazła swoją salę, która była
położona tuż obok schodów prowadzących na pierwsze piętro z napisem na
drzwiach: „Pan Krause”.
Jasmine
krążyła po szkole, szukając swojej sali. Wszyscy uczniowie odnaleźli miejsce,
gdzie mieli lekcje, i w efekcie Jasmine stała na środku wielkiego korytarza
całkiem sama. Obok okna zauważyła plan szkoły. Patrzyła się na mapę, ale jak na
złość nigdzie nie widziała sali, której szukała.
- Nowa? –
usłyszała męski głos za sobą. Odwróciła się i zobaczyła przystojnego, wysokiego
chłopaka o kruczoczarnych włosach i jasnych, błękitnych oczach. Jego wzrok był
hipnotyzujący. – Głupie pytanie. Od razu widać że nowa. Ten przestraszony i
niepewny wzrok mówi sam za siebie.
- Wcale nie
jestem przestraszona! – fuknęła Jasmine.
- Nie, no
wcale. W ogóle.
- Ktoś tu bardzo
ludzi sarkazm.
- Może. –
kąciki jego ust lekko się uniosły.
- Pomożesz
mi znaleźć salę?
- Może. –
powiedział chłopak, drocząc się z „nową”.
- Dobra,
poradzę sobie sama. – Jasmine chciała go wyminąć, ale chłopak złapał ją za
ramię.
- Jestem
Christopher.
- Super. – brunet
wyszczerzył zęby. – To jak? Pomożesz mi?
- Skoro tak
ładnie prosisz… Jakiej sali szukasz?
- Szukam
sali numer 118 - Jasmine podała mu świstek papieru, na której był wydrukowany
plan jej lekcji na cały tydzień. Chłopak parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony
sytuacją.
- Co?
- Nie.
- Co nie?
- Nie
szukasz sali 118.
- Słucham?
- Spójrz. –
powiedział, pokazując jej palcem numer sali, która dziewczyna uznała za 118. –
To nie jest 118, tylko 116!
Dziewczyna
patrzyła się na plan lekcji jak zaczarowana. W końcu uniosła głowę, patrząc na
chłopaka.
-
Zaprowadzić cię? – spytał Christopher, wciąż rozbawiony. Jasmine zmroziła się
krew w żyłach. Stanęła jak wryta. – Hej, coś się stało? – podniósł rękę, chcąc
dotknąć jej ramienia. Dziewczyna odskoczyła.
- Nie,
dzięki. Sama trafię. – powiedziała lodowatym głosem i szybkim krokiem odeszła.
Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć? Jak mogła nie zauważyć, że wokół
chłopaka unosiła się czarna, demoniczna aura?!
- 116 jest
na drugim piętrze! – krzyknął za nią chłopak. Spojrzała na niego przez ramię,
po czym zniknęła mu z oczu za rogiem. Może jej się tylko zdawało? Może ma
omamy? Przecież to niemożliwe, żeby…
- A ty,
młoda damo, co tu robisz? Lekcje zaczęły się dziesięć minut temu! – zapatrzona,
prawie zderzyła się z wysokim, zgarbionym panem o szarozielonych oczach i
siwych włosach.
- Ja… szukam
sali. - wydukała dziewczyna.
Nauczyciel
zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.
- Jakiej?
- 116.
- Jest na
drugim piętrze. – „To już słyszałam”, pomyślała Jasmine. - Ostatnie drzwi po
prawej.
- Dziękuję.
- Nazwisko? –
spytał nauczyciel, wyjmując z kieszeni mały notes z długopisem i pstrykając nim
dwukrotnie.
- Evans.
- Tym razem
ci wierzę, ale złapię cię jeszcze raz na chodzeniu po korytarzu podczas lekcji
i będziesz miała kłopoty. – zagroził jej nauczyciel, chowając notes z powrotem
i odchodząc w swoją stronę.
„Co za gbur…”
– pomyślała Jasmine, wchodząc na drugie piętro. Minutę później stała przed
drzwiami sali numer 116.
- Pan Jones…
- przeczytała na głos napis widniejący na drzwiach. Zapukała, pociągnęła za
klamkę i otworzyła drzwi. Zobaczyła niezbyt dużą salę, promienie słoneczne
wpadały do niej przez obszerne okna. Na parapecie stało kilka roślin oraz figurki,
w większości przedstawiające wyobrażenia o greckich bogach. Prostopadle do
parapetu stało drewniane biurko z wieloma szufladami, większymi i mniejszymi.
Na blacie leżał idealnie ułożony stosik kartek, obok których znajdował się
pojemnik na długopisy i ołówki. Stała tam też ażurowa, beżowa lampa. Za biurkiem
siedział młody mężczyzna z ciemnobrązowymi lokami opadającymi na czoło. Jego
ciepłe, miodowe oczy zwróciły się ku niej. Zdała sobie sprawę, że prócz
nauczyciela patrzy na nią kilkanaście uczniów obecnych w klasie. – Prze…
Przepraszam za spóźnienie – wydukała.
- Usiądź. –
powiedział pan Jones łagodnie.
Jasmine
rozejrzała się. W kącie, na drugim końcu sali dostrzegła jedyne wolne miejsce
obok jakiegoś chłopaka. Zaczęła zmierzać w tym kierunku. Nie patrząc nawet obok
kogo siada, zajęła swoje miejsce i zaczęła szukać książek od historii w swojej
torbie. Usłyszała chrząknięcie swojego towarzysza z ławki. Podniosła wzrok i…
„O kurwa.” –
poczuła, jakby ktoś ją mocno uderzył w brzuch, zakręciło jej się w głowie.
Ujrzała blondyna
z nastroszonymi na żel włosami i zielonymi oczami. Jego twarz wyrażała niekryte
zadowolenie z tego, z kim będzie dzielić ławkę.
- Hej, Jas. –
rzucił, patrząc się na jej dekolt.
- Ryan. –
wycedziła Jasmine przez zaciśnięte zęby.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz