łońce
powoli znikało za domami, dzielnica Whitewood opustoszała - zaczęły się
wakacje, idealny czas do odpoczynku dzieci od szkoły. Większość rodzin
powyjeżdżała - Hiszpania, Egipt, Wyspy Kanaryjskie... Gdzieniegdzie słychać
było śpiew ptaków, wiatr delikatnie poruszał liśćmi na gałęziach drzew.
Wydawałoby się, że dzisiejsza noc będzie najspokojniejszą w roku. Pozory mylą.
- Jas, szybciej, spóźnimy się! - krzyknęła
Lauren, stojąc w progu pięknego, drewnianego domu Jasmine w swoich pudrowych
szpilkach. - Przyrzekam, czekam jeszcze 2 minuty i jeżeli za chwilę nie
zejdziesz z tych cholernych schodów - idę sama!
Jasmine i Lauren były przyjaciółkami od
przedszkola. Rzadko kiedy się kłóciły, nawet gdy podobał im się ten sam chłopak
- James Perry - w drugiej klasie podstawówki, nie pokłóciły się o niego.
Zamiast tego nie odzywały do siebie przez tydzień, a gdy obie zrozumiały, że
przyjaźń nie jest warta zaprzepaszczenia przez jakiegoś tam Perrego - wszystko
wróciło do normy.
- Już idę, moment!
- Mówisz tak od pół godziny!
W tym momencie na schodach pojawiła się
Jasmine. Była ubrana w małą czarną, długie, falowane blond włosy przykrywały
jej ramiona, a na szyi widniał gruby, złoty łańcuszek. Szybko zeszła ze
schodów, raz po raz stukając swoimi czarnymi, dosyć wysokimi szpilkami o
drewniane panele.
- Nie od pół godziny, co najwyżej od 15 minut!
- Mhm, jasne...
Jasmine zarzuciła sobie na ramię małą torebkę
w złotym kolorze, wzięła pod pachę czarną skórę, po czym minęła Lauren w
drzwiach.
- Idziesz czy nie? - rzuciła przez ramię,
coraz szybciej drepcząc do furtki. Od razu usłyszała za sobą stukot równie
wysokich co jej szpilek Lauren.
Przeszły obok pięknie pachnących kwiatów
lawendy, minęły krzew czerwonej róży. Pani Evans, mama Jasmine, kochała sadzić
i pielęgnować rośliny, czego owocem był przepiękny ogród otaczający jej dom.
Jasmine
otworzyła metalową furtkę, przepuszczając w niej przyjaciółkę.
- Swoją drogą, nieźle żeś się wystroiła! -
powiedziała, patrząc na jej koronkową, morelową sukienkę oraz białą skórę
zarzuconą na ramiona. Pastelowy odcień sukienki idealnie kontrastował z jej
ciemną skórą, kasztanowymi włosami i czekoladowymi oczami.
- Dzięki, ty też, a teraz rusz swoją szanowną
dupę, bo naprawdę się spóźnimy! - Lauren była wyraźnie podirytowana wiecznym
czekaniem na Jasmine.
Żółta, trochę podstarzała taksówka stała już
pod domem. Napis "TAXI" był lekko przetarty, literki "i"
prawie nie było widać. Kierowca, na oko 50 letni pan z lekką łysiną, ubrany był
w spraną bluzkę w biało-granatowe paski i przetarte, ciemne dżinsy. Widocznie
czekał na klientki dłuższą chwilę, ponieważ grał w "Snake'a" na
swojej starej Nokii. Dziewczyny szybkim krokiem podeszły do taksówki, Lauren
zamaszyście otworzyła drzwi.
- Przepraszamy, że tak długo pan czekał, koleżanka
nie mogła się zebrać. - powiedziała Lauren, gdy obie wsiadły, patrząc wymownie
na przyjaciółkę.
- To gdzie jedziemy? - zapytał starszy pan,
odchrząkując.
- Na Rather Street 5, proszę. - odrzekła
Jasmine.
●▲●
- No proszę, obie wyglądacie tak zajebiście,
że nie wiem, na którą patrzeć! - przed wejściem do wielkiego, nowoczesnego domu
powitał ich Ryan North, przystojny, zielonooki blondyn, organizator imprezy, na
którą zaproszone zostało chyba całe liceum, kilka osób, które dopiero co
skończyły gimnazjum (w tym Lauren i Jasmine) oraz kilkunastu chłopaków z
tutejszego uniwersytetu. Ryan to typ chłopaka, który podrywa każdą napotkaną
dziewczynę.
- Dzięki. - powiedziała Jasmine, przewracając
oczami. Była przekonana, że powiedział to każdej dziewczynie, która przyszła na
jego imprezę.
Wchodząc do środka czuć było smród papierosów,
roztańczeni nastolatkowie szaleli na parkiecie, a pary obściskiwały się w
kątach. Od razu do uszu dobiegała głośna, typowo dyskotekowa muzyka. Jakaś
rudowłosa w szmaragdowej sukience ledwie zasłaniającej jej tyłek kłóciła się z
brunetką, która była ubrana we wręcz identyczne wdzianko. Brunetka patrzyła się
na drugą jak na wariatkę, podczas gdy ta wyzywała ją od szmat i zdzir za to, że
"bezczelnie skopiowała jej idealnie dobrany strój". Obok stanowiska
DJ'a zebrała się niemała grupa ludzi, kłócąca się, czyja piosenka ma zostać
puszczona jako pierwsza, a która ostatnia. Niedaleko stał bufet, gdzie były
jakieś chrupki, ciastka, czekoladki, poncz i inne bzdety, ale młodzież
najbardziej interesowała się barkiem, na którym stało kilka butelek czystej
wódki, oraz skrzynkami zapełnionymi butelkami z piwem. Grupka chłopaków zaczęła
się "częstować" zawartością barku, niektóre dziewczyny sięgnęły po
piwo. DJ puścił kolejny skoczny, aczkolwiek cholernie głośny kawałek, podnosząc
tym sposobem do tańca wszystkich wcześniej siedzących na skórzanych
kanapach. Przez otwarte, szklane drzwi widać było kilka par tańczących na
świeżym powietrzu, gdzie muzyka wydobywała się przez głośniki postawione obok
krzewów róży angielskiej. Wszyscy tańczyli, niektórzy tak, że aż chciało się
patrzeć, zaś inni wręcz potykali się o własne nogi.
Impreza się zaczęła.
Jasmine bawiła się jak nigdy. Akurat tańczyła
z chłopakiem z uniwersytetu, którego imienia nie dosłyszała przez grającą
muzykę. Od godziny (a może dłużej...?) nie widziała Lauren, ale jakoś się tym
nie przejmowała - założyła, że poszła obściskiwać się ze swoim chłopakiem,
Zackiem, w końcu dopiero co wrócił z wymiany z Londynu. Szkoda, że Lauren nie
udało się załapać na tę wycieczkę...
- Muszę wyjść na chwilkę do łazienki, zaraz
wracam. - powiedziała do ucha swojemu partnerowi od tańca, gdy tylko piosenka dobiegła
końca i zaczęła się kolejna.
Weszła po kręconych, szklanych schodach z
metalową obręczą na górę w poszukiwaniu łazienki. Jej oczom ukazały się dwa
długie rzędy drzwi. Otworzyła pierwsze, po czym zobaczyła parę namiętnie się
całującą na jedwabnej, beżowej pościeli. Nawet nie zauważyli, że drzwi się
otworzyły, albo po prostu nie zawracali sobie tym głowy.
- Oj, sorry... - wydukała i szybko wyszła z
pokoju.
Podchodząc do drugich i trzecich drzwi pukała,
za każdym razem słysząc: "Czego?!". W końcu pukając do czwartych nie
usłyszała nic. Pociągnęła za klamkę. Zobaczyła piękną, dużą łazienkę, z białymi
kafelkami i czarnym, futrzanym dywanem na środku. Lustro nad umywalką było
ogromne, idealnie czyste, bez żadnych smug. Po bokach wisiały czarne szafki, najprawdopodobniej
z kosmetykami i ręcznikami. W oczy rzucała się narożna, biała wanna,
wyglądająca trochę jak jacuzzi. Stało na niej kilka ozdobnych świeczek i żel do
kąpieli o czekoladowym zapachu. Łazienkę oświetlał metalowy, ozdobny żyrandol.
Jasmine stanęła przed lustrem i zaczęła się w
nim przeglądać. Wyjęła ze swojej torebki kompaktową szczotkę i przeczesała
swoje blond fale. Przejechała różowym błyszczykiem po ustach. Poprawiła tusz na
rzęsach. Już miała dołożyć trochę różu na policzki, kiedy usłyszała, jak ktoś
coś szepcze. Wyszła na korytarz. Dźwięki dobiegały z pokoju obok. Zapukała,
lecz nikt nie odpowiedział. Powoli pociągnęła za klamkę, uchyliła drzwi i
zapaliła światło.
Szepty stały się głośniejsze, lecz wciąż
całkowicie niezrozumiałe. Rozejrzała się po pokoju. Stały tutaj dwie duże,
skórzane kanapy, podobne do tych stojących na dole oraz szklany, prostokątny
stolik z czasopismami. Naprzeciwko kanap, na ścianie wisiała plazma. Po drugiej
stronie pokoju stał stolik do gry w piłkarzyki oraz regał z książkami i różnymi
grami planszowymi, należącymi zapewne do młodszego rodzeństwa Ryana. Jednak w
pokoju nie było nikogo, kto mógłby wydawać z siebie słyszane przez Jasmine
szepty.
Nagle
zauważyła, że okno jest otwarte. Podeszła do niego. Szepty stawały się z każdym
krokiem głośniejsze. Okno dawało widok na las. Jasmine bez zastanowienia
zamknęła je i zasłoniła rolety. Szepty ucichły.
-
O, Jas, co tak długo cię nie było? Jackson się niepokoił!
Jasmine
podniosła wzrok i zobaczyła Lauren, siedzącą w objęciach Zacka. Czyli się nie
pomyliła, przez cały ten czas Lauren była z Zackiem.
-
Kto się niepokoił? - zapytała Jasmine, nie mając pojęcia, kim jest Jackson.
-
No, Jackson. Ten, któremu podobno powiedziałaś, że idziesz do łazienki i do tej
pory nie wróciłaś...
-
Ach, ten Jackson.
"Więc
tak miał na imię" - pomyślała.
Jasmine
spojrzała na Lauren i kiwnięciem głowy dała do zrozumienia, że chce z nią
pogadać na osobności.
-
Zack, zaraz wrócę, muszę zamienić słówko z Jas... - powiedziała, uwalniając się
z jego uścisku. - O co chodzi? - spytała, będąc już sam na sam z Jasmine.
-
Słyszałaś coś? - zapytała Jasmine.
-
Co? Kiedy? - Lauren, zdziwiona, rozejrzała się dookoła, a po chwili zaczęła
nasłuchiwać.
-
No, szepty. W ciągu ostatnich kilku minut...
-
Szepty? Ile ty wypiłaś? - Lauren spojrzała się na przyjaciółkę tak, jakby
rozmawiała z osobą chorą psychicznie.
-
Nie słyszałaś? Były strasznie głośne! - zdziwiła się Jasmine.
- Cóż, wnioskuję, że podczas mojej
nieobecności wypiłaś na tyle dużo, że zaczęłaś majaczyć, ale wciąż zbyt mało,
żeby przestać.
●▲●
- Pa, Amanda! Nara, Sean! - krzyczał Ryan do
ostatnich osób opuszczających imprezę, stojąc na werandzie, tuż obok pięknych
bratków w białej doniczce. Odwrócił się i zauważył Jasmine stojącą obok otwartych
drzwi wejściowych. - O, Jas, ty jeszcze tu?
- Jak widać. Czekam tylko na Lauren i już idę.
- powiedziała, zerkając na swój zegarek.
- Nie, nie ma co się spieszyć! Może zostaniesz
jeszcze na drinka? - zagaił Ryan, widocznie niezadowolony z faktu, że Jasmine
ma zamiar za chwilę pójść.
- Hm, nie, dzięki, jest już późno... - Jasmine
pozostawała nieugięta.
- Nie bądź taka... - Ryan przyparł ją do
ściany, mówiąc do jej ucha:
- Może być fajnie...
Było czuć od niego alkohol i mieszankę perfum
- jego i jakiś kobiecych. Jego blond włosy nie były już tak idealnie ułożone,
usta gdzieniegdzie pokrywała szminka. Ciekawe, z iloma dziewczynami się całował.
- Ryan, jesteś nawalony, puść mnie. - warknęła
Jasmine, wyraźnie niezainteresowana Ryanem. Chłopak zignorował polecenie.
- Puszczaj! - krzyknęła, gdy organizator
imprezy zaczął wkładać jej swoją rękę pod sukienkę, drugą ręką przypierając ją
do ściany.
W tym momencie z domu wyszła Lauren,
zakładająca na siebie swoją białą skórę.
- Co tu... Ryan?! Puść ją! - stanowczym głosem
powiedziała dziewczyna, gdy tylko zauważyła co jest grane.
- Nie wtrącaj się. - bełkotał Ryan. - To nasza
sprawa...
- Puść ją, pieprzony zboczeńcu! - Lauren
machnęła ręką w przypływie emocji, a Ryana odrzuciło od Jasmine tak, że plecami
zderzył się z pniem drzewa 15 metrów dalej.
Lauren stanęła jak wryta, a Jasmine chwyciła
ją za rękę i zaczęły biec. Słyszały za sobą wyzwiska Ryana, ale nie były pewne,
czy je goni, czy może zrezygnował. Skręciły do lasu i zwolniły, oglądając się
za siebie.
- Chyba go zgubiłyśmy. - szepnęła Lauren.
- Jak ty... - zaczęła Jasmine.
- Nie wiem, nie mam pojęcia, ale to nie
pierwszy raz... - odpowiedziała Lauren, domyślając się, o co chce zapytać
przyjaciółka. - Myślę, że spacer na świeżym powietrzu zrobi nam lepiej niż
przejażdżka taksówką. Co ty na to?
- Może być.
Ruszyły ścieżką w głąb lasu. Księżyc i gwiazdy
oświetlały im drogę. W lesie panowała całkowita cisza, jedynie co jakiś czas
słychać było huczenie sowy. Wiatr był trochę mocniejszy i chłodniejszy niż
wieczorem.
- Powiedziałaś, że to nie pierwszy raz. Czyli,
że zrobiłaś coś takiego wcześniej?
- Może nie konkretnie takiego, ale tak. Gdy byłam
mała, pojechałam ze starszym bratem na jarmark. Spodobał mi się jeden balonik,
nie pamiętał jak wyglądał, ale brat nie chciał mi go kupić. Tak się wkurzyłam,
że wszystkie balony na jarmarku popękały! - powiedziała Lauren, depcząc jakąś
małą gałązkę.
- Naprawdę?
- Ale to nie wszystko! Później... - Lauren
przerwał donośny szelest z krzaków.
- Co to było?
- Nie mam pojęcia, pewnie jakaś sarna albo
coś... Chodźmy trochę szybciej.
Przyspieszyły trochę kroku, co wyglądało dosyć
śmiesznie biorąc pod uwagę to, że obie były na wysokich obcasach. Zatrzymały
się, gdy tuż przed sobą zauważyły rozstaj dróg.
- Nigdy tu tego nie było! - zdziwiła się
Lauren.
- Ech, pewnie ludzie wydeptali jakiś skrót
albo coś... Pójdźmy tędy! - powiedziała Jasmine, wskazując na pierwszą ścieżkę
od lewej.
Dziewczyny ruszyły trochę niepewnie przed
siebie, gdy nagle Jasmine zobaczyła światło dobiegające z oddali.
- Chodźmy tam, może ktoś nam powie, czy tą
drogą dojdziemy na Silver Street! - powiedziała z nadzieją w głosie Jasmine.
Gdy doszły do furtki, okazało się, że jest
zamknięta. Dom otaczał bardzo wysoki mur, któremu przydałoby się ponowne
malowanie. Lauren szukała gdzieś domofonu, świecąc sobie swoim nowym telefonem,
podczas gdy Jasmine oddaliła się trochę od koleżanki. Weszła na jakiś pagórek,
aby zobaczyć coś znad muru. Zauważyła okno, w którym paliło się światło.
"Pewnie to to światło zobaczyłam z daleka!" - pomyślała, po czym
zaczęła się uważniej przyglądać. Coś przemknęło tuż za oknem, potem znowu.
Jasmine trochę się wystraszyła, ale mimo to biernie się przyglądała.
Lauren usłyszała przeraźliwy krzyk Jasmine.
Natychmiast zostawiła poszukiwania domofonu i ruszyła w stronę, w którą udała
się jej koleżanka. Przedzierała się dzielnie przez wysuszone krzewy posadzone
wokół domu, aż zahaczyła sukienką o gałąź i ją sobie rozdarła. Na chwilę się
zatrzymała i zaczęła nawoływać przyjaciółkę. Odpowiedziało jej huczenie sowy.
Przeklęła w duchu puchacza, pociągnęła mocniej sukienkę, uwalniając się od
gałęzi i jeszcze mocniej rozrywając swoje ubranie, po czym zaczęła biec przed siebie,
na tyle szybko, na ile pozwalały jej buty. Zastała Jasmine leżącą obok pagórka
i natychmiast rzuciła się, aby ją ocucić, przy okazji rozglądając się, co mogło
ją tak wystraszyć. Nie zauważyła nic specjalnego. Po paru minutach dziewczyna
otworzyła oczy.
- Co się stało? - spytała Lauren. - Jas,
słyszysz mnie? Co się stało?!
Jasmine patrzyła się przed siebie, jakby wciąż
nie mogła uwierzyć w to, co widziała.
- Powiedz mi do jasnej cholery co się stało! -
wrzasnęła jej przyjaciółka.
- Tam... coś... - wydukała w końcu Jasmine.
- Gdzie?
- W oknie. - odpowiedziała, dotykając tyłu
swojej głowy. Poczuła przeszywający ból, co zapowiadało kolosalnego siniaka.
Lauren podniosła się na nogi, otrzepała kolana
z piachu, stanęła na pagórku i zaczęła wypatrywać, sama nie wiedząc, czego.
- Co powinnam zobaczyć? - w końcu spytała.
- Nie, nie patrz! - Jasmine wstała na nogi i
zaczęła ściągać przyjaciółkę za rękę z pagórka.
- Ej, spokojnie, Jas, tam NIC nie ma. Widać
tylko stary, obskurny dom, zawalający się dach i odpryskującą farbę...
Jasmine spojrzała się na nią zdziwionym
wzrokiem.
- No, chodź i sama zobacz. - dokończyła
Lauren, pociągając Jasmine za rękę.
- Nie. Lepiej chodźmy do domu. - odpowiedziała
zimnym tonem przyjaciółce, po czym odwróciła się na pięcie i zaczęła podążać w
swoich szpilkach w kierunku ścieżki, tym razem mając nauczkę, żeby nigdy nie
skręcać z drogi.
Po kilku minutach spaceru w ciszy, dziewczyny
wróciły do swoich domów. Jasmine rzuciła się na łóżko, zdejmując z nóg szpilki,
rozpinając naszyjnik i ściągając sukienkę. W głębi duszy wiedziała, że nic jej
się nie przewidziało. To, co widziała, było przerażające. Było złe.
To, co widziała, było demonem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz